Rozmiar tekstu

Miss D

Dmuchamy i chuchamy, martwimy się o nasze dzieci, chcemy chronić je przed okrucieństwem otaczającego je świata, więc ostrzegamy, przestrzegamy, pomagamy i wyręczamy. I nie ma w tym nic złego, jeżeli stopniowo zaczynamy tę pępowinę odcinać. Tym samym dajemy dzieciom więcej swobody i możliwości popełniania błędów i uczeniu się na nich.

Inaczej rzecz się ma w przypadku dzieci niepełnosprawnych. Te dzieci bardzo często nie mają możliwości dorastania. Rodzice w obawie, że coś może się stać, nie odstępują swoich dzieci na krok. Nie pozwalając im tym samym na samodzielność… A co z dorosłymi osobami niepełnosprawnymi? Często ich niepełnosprawność widać „gołym okiem”. Osoby z niepełnosprawnością wrodzoną lub nabytą tuż po urodzeniu (np. mózgowe porażenie dziecięce, zespół Downa, niskorosłość) są widziane przez społeczeństwo inaczej niż osoby z niepełnosprawnością nabytą (np. po urazie rdzenia kręgowego). Co mam na myśli? Głównie to, iż nie widzimy, że ONI/ONE dorastają. Są pełnoletni i mają prawo być traktowani jak osoby dorosłe. A jak my, „pełnosprawni” ich postrzegamy? Jak dzieci.

em

Kiedy widzimy kobietę z mózgowym porażeniem dziecięcym, której budowa ciała przypomina 14 letnią dziewczynkę, i która ma problemy z porozumiewaniem się, to nie rozmawiamy z nią, tylko z jej mamą/tatą. Jej samej nie zauważamy. Nie słuchamy też. Bo przecież ciężko cokolwiek zrozumieć, a skoro ciężko zrozumieć, to pewnie i ona nic nie rozumie. To po co w ogóle z nią rozmawiać lub pytać o zdanie. Jak wygląda zatem nasza rozmowa? „Co mamy z Kasią/Basią zrobić, jak jej pomóc?” – pytamy rodziców, a Kasia siedzi obok. Nie ma nic do powiedzenia. Bo co może powiedzieć kiedy nikt jej nie słucha.

Kiedy już zarządzimy co mamy z Kasią zrobić to przechodzimy do działania. Prowadzimy Kasię gdzie trzeba, przesadzamy, ustawiamy, poprawiamy wszystko tak jak sobie zaplanowaliśmy. Dalej nie pytamy Kasi o zdanie. Po jakimś czasie dowiadujemy się, że Kasia rozumie co się do niej mówi, więc nie musimy się już tak z nią „szarpać”, bo wystarczy powiedzieć.

Po tygodniu dowiadujemy się, że Kasia nie ma 14 lat jak nam się na początku wydawało, tylko ma…38 lat. Ups. No cóż, Kasia dalej zostaje Kasią, bo przecież jest taka mała, to dziwnie tak mówić do niej PANI KASIU lub PANI KATARZYNO. I chociaż PANI KASIA ma 38 lat, rozumie wszystko co się do niej mówi i zawsze odpowiada, kiedy my ją o coś pytamy (tylko to my nie rozumiemy), i chociaż już to wszystko wiemy, to nic się nie zmienia. Dalej jak ją mijamy, to zdrobniale i pieszczotliwie witamy się z nią „Cześć Kasiu!”, puszczamy do niej oczko, uśmiechamy się jak do trzylatka. I gówno nas obchodzi, że to dorosła i świadoma siebie i swojej sytuacji 38-letnia kobieta.

walter